Czy tak trudno powiedzieć “nie wiem”?
Praca w korporacji nauczyła mnie, że słowa „nie wiem” mogą padać tylko w momentach, kiedy naprawdę potrzebuje się wsparcia, bo nie znalazło się rozwiązania problemu metodą prób i błędów. Przyznanie się do niewiedzy było dla mnie jednak zawsze rzeczą ludzką Bez sensu udawać, że wiem coś na dany temat tylko i wyłącznie po to, żeby nie przyznać się kierownikowi, że akurat w tej materii wiedzy mi brakuje. Wychodzę z założenia, że, jeśli będę próbować robić coś na własną rękę, istnieje duże prawdopodobieństwo, że:
- coś schrzanię,
- uda mi się „fartem” rozwiązać problem i przejdę do następnych obowiązków.
Osobiście wolę przyznać się do braku kompetencji w danym zakresie. To pozwala mi uniknąć niepotrzebnych nieporozumień i bezradności. Zresztą nie wszystko muszę wiedzieć, prawda?
Ale takie zdarzenia mają miejsce nie tylko w pracy. W życiu prywatnym bywa podobnie.
Być może przyznanie się do niewiedzy może być frustrujące. Ale kto traci, jeśli tego nie zrobimy? Podejrzewam, że najwięcej tracimy my sami. Zamiast wprost zakomunikować, że akurat czegoś nie wiemy, udajemy osobą kompetentną i wykwalifikowaną, gorliwie potakując.
A może zamiast zmyślać i kreować się na eksperta, warto schować swoją dumę i, bez udawania, powiedzieć: „Stary, cholera, nie wiem. Wytłumaczysz mi?”. Zyskacie czas i nie będziecie niepotrzebnie się irytować.
Zdrowo jest czegoś nie wiedzieć. Serio. Dzięki temu, że nie wiem, mogę uczyć się nowych rzeczy i czerpać wiedzę od innych. Zamiast obwiniać się o nieskuteczność, brak kompetencji, zaczynam rozmawiać ze sobą. Pytam siebie: jak mam to zrobić, jak to napisać, gdzie szukać rozwiązania?
Interesuje mnie temat USABILITY. Staram się szkolić w tym kierunku i uczyć od najlepszych. Z wieloma osobami spotykam się na spotkaniach branżowych. Znawcy imponują mi talentem, doświadczeniem, kwalifikacjami. Bywają takie momenty, że w trakcie dyskusji po prostu brakuje mi wiedzy. Zamiast udawać „głupka” dopytuję, zadaję pytania – chłonę informacje jak gąbka :). Dzięki temu podejściu dużo zyskałam i zaakceptowałam to, że każdy z Nas przechodzi przez okresy:
1) Nieświadomej niekompetencji – nie wiem, o czym do mnie mówisz. Ale o co ci chodzi? Nie potrafię, nie znam, nie rozumiem.
2) Świadomej niekompetencji – ciągle jeszcze nie posiadam wiedzy w danym obszarze, ale zdaję sobie z tego sprawę, wiem, o co pytać.
3) Świadomej kompetencji – mogę nazywać się specjalistą. Jesem w pełni świadoma swojej wiedzy.
4) Nieświadomej kompetencji – wiem wszystko. Mogę o czymś opowiadać, zupełnie nie zastanawiając się nad tym, skąd właściwie mam te wszystkie informacje.
Każdy ma prawo błądzić i szukać rozwiązań. Ważne jest, żeby wiedzieć, że się wie i co się wie oraz wiedzieć czego się nie wie – oto prawdziwa wiedza!
Jeżeli nie wiesz – PYTAJ :)!

2 kwietnia 2015 @ 19:25
O ile ja nie mam problemu z przyznaniem się, że czegoś nie wiem… O tyle moi współpracownicy mają. Z tym, że ja nie wiem. Chociaż na mój rozum, to lepiej jest pytać, niż schrzanić i tracić dwa razy więcej czasu na odkręcenie tego i zrobienie jeszcze raz.
Doszły mnie nawet słuchy, że naskarżyli na mnie kierowniczce, bo “ja się ich pytam, jak coś zrobić”. Na szczęście kierowniczka jest ogarniętą, myślącą osobą i odpowiedziała im tylko, że zadawanie pytań jest dobre 🙂
7 marca 2015 @ 08:43
Ciekawe jest to, że ludziom tak trudno przyznać się do niewiedzy – właśnie zdałam sobie sprawę, że też czasami tak mam. Ale są też sytuacje, w których otwarcie mówię, że nie wiem i to naprawdę pomaga 🙂
9 marca 2015 @ 00:02
To nie jest wstyd, że się czegoś nie wie – choć nie zawsze u mnie, to było takie oczywiste.
Nie wiem jak Ty, ale zauważyłam, że ludzie są bardziej cierpliwi i życzliwy w tłumaczeniu
9 marca 2015 @ 14:00
Ja mam teraz podobnie – gdy czegoś nie wiem, po prostu o tym mówię. Pozwala to też zaoszczędzić czas – nie kombinuję, tylko od razu stawiam sprawę jasno. Wtedy też zmienia się postawa rozmówcy – czuje się po prostu potrzebny, Sama będąc w sytuacji wyjaśniającego jakąś sprawę, dobrze się czuję gdy mogę pomóc 🙂
4 marca 2015 @ 16:23
Osobiście bardzo cenię sobie ludzi, którzy potrafią się przyznać, że czegoś niewiedzą. W końcu nie da się być we wszystkim ekspertem, a tych którzy twierdzą inaczej należy omijać szerokim łukiem, bo zazwyczaj rzeczywiście znają się na wszystkim “tak trochę”, ale jacy w takim razie wtedy z nich specjaliści?
5 marca 2015 @ 12:31
Ja omijam szerokim łukiem osoby, które są dla mnie wampirami energetycznymi – nie dość, że nic dla mnie nie wnoszą to jeszcze zabierają coś ode mnie – moja energię. Osoby znające się “tak trochę” – są dla mnie ok o ile są tego swiadome.
4 marca 2015 @ 10:22
Ja naszczeście nigdy nie miałam problemu z mówieniem “nie wiem”. Choć czasem aż czuję się głupio zadając pytania jak małe dziecko: “a dlaczego tak? dlaczego?”. 🙂 Jednak zauważyłam również, że ludzie chętnie odpowiadają, czują się dumni, że wiedzą i mogą wytłumaczyć, podnoszą się ich morale, a mnie jest miło, że mogłam sprawić im przyjemność. Ale to raczej w życiu osobistym, w pracy jednak było trudniej, szczególnie gdy zdarzało się pracować z osobą, z którą niechętnie chce się podejmować jakieś próby komunikacji.
2 marca 2015 @ 11:44
Pamiętam jak to jest w korpo przyznać się do niewiedzy, ten wzrok pogardy ze strony szefa czy współpracowników, takie wspomnienia jeszcze bardziej utwierdzają mnie w przekonaniu, że jestem w dobrym miejscu 🙂 Przecież nie możemy wiedzieć wszystko na każdy temat i być nieomylni w każdej sferze życia, jaki świat byłby wtedy nudny, przecież to uzupełnianie wiedzy jest najlepsze w kontaktach z innymi. Myślę, że to staranie się o to, aby wiedzieć wszystko z mojej branży doprowadziło mnie do obniżenia pewności siebie, nad czym teraz bardzo pracuję, często na spotkaniach biznesowych omawiając dany temat jednocześnie myślę “cholerka, skąd ja to wszystko wiem?” 😉
2 marca 2015 @ 23:11
Uwielbiam Twoje komentarze 🙂
3 marca 2015 @ 10:33
Elwira zrobiłaś mi dzień! Takie miłe słowa z rana, dziękuję 🙂